O Bogu...po prostu

24 sierpnia odbyła się premiera książki Marcina Jakimowicza „Pan Bóg?Uwielbiam. 44 dobre wiadomości”. Bez wątpienia jest to zestaw przeżyć religijnych Autora, jakże dalekich od tych, które ma 'przeciętny” polski katolik. (fragment)

Przeciętny katolik – jeśli już wybiera się do kościoła (z rzadka mówi, że idzie na Msze czy Eucharystię) – a przypomnijmy, że chodzi o zaledwie około trzydziestoprocentową mniejszość ochrzczonych, postoi gdzieś pod filarem, a po wyjściu nie jest w stanie powtórzyć o czym była czytana wcześniej Ewangelia. Książka Jakimowicza w moim odczuciu opisuje przede wszystkim inną jakość katolicyzmu. W tym sensie jest daleka przeciętnemu wierzącemu, ponieważ ten wciąż skupia się na praktykach religijnych, często nie zastanawiając się, czemu mają one służyć. Z książki wyłania się obraz katolika głęboko zaangażowanego, żyjącego swoją wiarą, przeżywającego relację z Bogiem.

Wiele razy Autor mówi o cudach. Mówi o swoim doświadczeniu, o autentycznych bożych znakach, które dzieją się w różnych momentach jego życia, a także są historiami jego przyjaciół czy znajomych. Biorąc pod uwagę, że zaledwie kilka procent, ze wspomnianych wcześniej trzydziestu angażuje się w życie swoich parafii, to trudno sobie wyobrazić, że zwykły czytelnik przejdzie do porządku dziennego, gdy przeczyta o cudach, które dzieją się nie w dalekim Lourdes czy Fatimie, ale niemal za oknem jego domu. To potężna siła tej publikacji. Ludzie – podobnie jak w czasach Chrystusa – spragnieni są znaków i cudów. To pragnienie jest tak silne, że chętnie przypiszą cudowność czemuś, co cudowne nie jest. Jest zatem wielka potrzeba, aby szukać w naszej religijności znaków działania Boga. To jedyny sposób, aby chodzenie do kościoła zamienić w żywą relację z Bogiem.

Jest jeszcze jeden wielki plus tek książki. Autor wspomina o kryzysach, gdy mówił do Boga, a zdawało się, że mówi do ściany. Myślę, że to doświadczenie wielu wierzących, bez względu na wiek. Doświadczenie ze wszech miar zniechęcające, będące przyczyną niejednego kryzysu wiary i życia, nieraz zakończonego totalną katastrofą. Siłą tej publikacji jest zatem również to, że nie jest tanią reklamą Pana Boga. Jest to chrześcijaństwo bardzo realistyczne, a zatem bogate również w kryzysy i upadki, smutki i wątpliwości.

Mimo, iż ktoś może nie odnaleźć się w klimacie wspólnoty do której należy Autor, tym bardziej, że do tego doświadczenia odwołuje się on wiele razy, książka jest godna polecenia. Nawet jeśli ktoś chodzi do kościoła od czasu do czasu, to przyda mu się nieco duchowej strawy. Książka o relacjach, religijnych mocnych przeżyciach, cudach i kryzysach. Czyli – mieszanka idealna.

Piotr Chudziński  

redaktor naczelny

 

Fragment:

 „Alleluja i do tyłu!”, czyli o Panu Bogu, do którego możesz krzyczeć

 

Jakieś pół roku temu napisałem, że jestem zdolny. Do wszystkiego. Wówczas użyłem tej konstrukcji w znaczeniu pejoratywnym: nie ma takiego świństwa, którego nie mógłbym uczynić. Dziś przywołuję te same słowa. Jestem zdolny. Do wszystkiego.

Tym razem nie w znaczeniu pejoratywnym. Czy twierdzenia te stoją wobec siebie
w opozycji? Nie. Nie wykluczają się. Co więcej, odkrycie, że „jestem zdolny do wszystkiego” (czytaj: mogę mieć na sumieniu każde świństwo), jest stanem koniecznym, by przyjąć dar
i zawołać: „Jestem zdolny do wszystkiego!” w chrześcijańskiej wersji dla Iniemamocnych.

By wyszeptać: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, muszę odkryć, że bez Niego jestem całkowicie bezradny i nie mogę niczego osiągnąć. To On jest moim oddechem.

Mój bliźni to ten, kto jest mi bliski, podobny do mnie przez...blizny! Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego często odważam się w swych tekstach opowiedzieć o własnym doświadczeniu, zawirowaniach, słabościach. Jeśli On wybiera jedynie „słabych”, „głupich”

i „niemocnych” (zob. 1 Kor 1, 27), gram w tej właśnie lidze.

– Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić i dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga – opowiada Robert „Litza” Friedrich. – Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym dać Mu wiele rzeczy, a nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: „Zrób coś, bo

ja jestem pusty”. Gdy walczyłem sam, próbowałem zrobić coś o własnych siłach, to najczęściej nic z tego dobrego nie wychodziło, a ja byłem totalnie wykończony. Mówię
o konkretach: o pisaniu piosenek do Arki, o komponowaniu do Luxtorpedy, o byciu mężem, ojcem. O zmartwychwstaniu może wiarygodnie opowiedzieć tylko ten, kto ma doświadczenie jakiegokolwiek zranienia śmiercią. W innym wypadku będą to pobożne, łzawe, cukierkowe

opowieści, a nie świadectwo. Tylko ten, kto czuje się pusty, może wołać o napełnienie Duchem. Tylko ziemia zeschła, spękana, wyprażona słońcem pustyni przyjmie
z wdzięcznością każdą kroplę wody. To w czasie kryzysu Jan Kowalski zdobywa się na szczerość, o jakiej nigdy nie marzył, a z jego ust płyną w stronę nieba odważne słowa, których nie znalazł dotąd w Skarbczyku. A ponieważ nie czytał Psalmów i nie zna porażających wyznań: „ Jak długo, Panie, całkiem o mnie nie będziesz pamiętał?” (Ps 13, 2) czy „Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Przebudź się!” (Ps 44, 24), jest przerażony i zaczyna oczekiwać bolesnego rykoszetu i kary za bezczelność. Nie ma pojęcia, że Bóg długo czekał na takie szczere wyznanie. „Nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz” – wołał do anioła biblijny Jakub. Nie uczono nas takiej zażyłości z „górą”, szczerości w stosunku do Najwyższego... – Nie uczono. Nawet mówiono, że takie postawienie sprawy jest bluźnierstwem – uśmiecha się ksiądz Wojciech Węgrzyniak, krakowski biblista
i rekolekcjonista. – A Jakub nie bał się powiedzieć jeszcze mocniej: „Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem”

(Rdz 28, 20–21). A to w świecie politeizmu praktycznie znaczyło: jeśli Bóg moich przodków mi nie pobłogosławi, to wybiorę sobie innego boga! Znajoma siostra zakonna lubi powtarzać:

„Panie Jezu, staraj się o mnie, bo masz wielu konkurentów”. A w jednej z podhalańskich wiosek żył człowiek, który, gdy deszcz zalał mu porządnie siano, potrafił rzucać tym sianem

w stronę do nieba i wołać: „Boże, takie siano to sobie sam zjedz, bo krowy na pewno tego nie tkną”. W dzieciństwie myślałem, że to jakiś bluźnierca, ale im dłużej żyję i im częściej

czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że ten człowiek miał autentyczną relację
z Bogiem. Czy Pan Bóg nie obraża się, słysząc tak bezczelne słowa? Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: „Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego”, a po wyjściu z mszy narzekanie tu i tam, jak to nam wielu rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest mówienie codziennie „bądź wola Twoja” i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca

ludzkie. Czy nie bolałaby nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie? Poza tym gdyby Bóg obrażał się na takie słowa, nigdy nie pozwoliłby napisać w Biblii:

 

„Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Ps 22, 2) ani „Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem!” (Jr 20, 14). Objawiłby się autorom natchnionym i powiedziałby do nich: „Nie pisz: »czemuś mnie opuścił«, ale: »czemu czuję się, jakbyś mnie opuścił«. Nie pisz: »przeklęty dzień mego urodzenia«, bo życie jest błogosławieństwem od poczęcia aż do naturalnej śmierci!”. Zdruzgotany, leżący na łopatkach Hiob odkrywa, gdzie znajdują się
w nas największe skarby: w kopalni! (zob. Hi 28). W mroku, w tym, co zawstydzeni ukrywamy przed innymi. Nie wysoko w górach, „na świeczniku”…

 

© 2008 Dobry Portal - prawda bez retuszu | Joomla Template by vonfio.de